Zeszłorocznego sylwestra spędziłem niczym król Tajlandii, oglądając pokaz fajerwerków przez okno limuzyny. Nieplanowana wyprawa do Lop Buri i podążenie za przygodą zaowocowały niesamowitym splotem wydarzeń, w efekcie których możnowładna kobieta okrzyknęła mnie wcieleniem Buddy i uhonorowała adekwatnie do swojego przekonania. Niczym Kopciuszek stałem się atrakcją dla wysoko postawionych tajskich dygnitarzy, stając się gwiazdą jednej nocy.

W przeciwieństwie do poprzedniego rok 2019 rozpocząłem, siedząc na chodniku wśród innych nędzarzy na ulicach Kalkuty. Niemal wtopiłem się w otoczenie. Niemal, gdyż zaintrygowanemu policjantowi skłamałem, iż zbyt późno przyjechałem i nie ma kto mnie wpuścić do domu. Ten zaś postanowił, że utrzyma całonocny patrol przy chodniku, w miejscu gdzie się położyłem koło innych bezdomnych. Policjant jak powiedział, tak uczynił, pilnując mnie aż do rana. W nocy prócz wszechobecnych fajerwerków byłem również świadkiem rozdawania przed grupę młodych hinduskich altruistów ciepłych koców dla śpiących na kartonach i gazetach nędzarzy.

Sama Kalkuta nie interesowała mnie jako obiekt turystyczny. Moim zamysłem było poznać tutejsze slamsy, tak znane z opowieści o Matce Teresie. Pomocna we wmieszaniu się w autochtonów okazała się moja szata. W Indiach taki strój noszony jest przez żebraków i ascetów. Szata mnicha jest przeciwieństwem estymy znanej z Tajlandii. Tutaj symbolizuje biedę i nieudolność życiową, obciążona jest wręcz ostracyzmem.

Już pierwszego dnia pobytu w Kalkucie zaczepiła mnie młoda dziewczyna, siedząca na chodniku bezdomna. Przechodząc, zareagowałem na wypowiedzianą do mnie łamaną angielszczyzną zaczepkę. Podszedłem przyjrzeć się jej z bliska. Grzecznie przedstawiła się oraz swoje siedzące na kawałku płótna dwie siostry. Ma prawie siedemnaście lat, młodsza siostra czternaście, a najmłodsza niecałe sześć, kontynuuje. Mówi, że jest bezdomna, mieszka z nimi tutaj na ulicy. Prosi o pieniądze. Staram się jej wytłumaczyć, że też jestem bezdomny i żyję z jałmużny. Jest natarczywa. Skarży się, że nie ma co jeść i prosi, żebym kupił jej coś do jedzenia. Odchodzę, nic nie obiecując.

Za jakiś czas, wczesnym wieczorem znowu błądzę w to samo miejsce. Dziewczynki nadal siedzą tam, gdzie je zostawiłem. Pytam, czy udało im się zdobyć coś do jedzenia. Najstarsza odpowiedziała, że nic.

Kilka dni wcześniej byłem na trzydniowym wykładzie u Dalaj Lamy. Mnisi tybetańscy w Bodh Gaja obdarowali mnie dość sowicie gotówką, rzekłbym, wciskając mi banknoty za pazuchę. Choć to wbrew moim zasadom, z grzeczności je przyjąłem. Zdarzyło się więc, że akurat miałem przy sobie kilka groszy. Zaproponowałem w związku z tym, że pokryję koszt posiłku trzem siostrom. Poszliśmy do baru fast food, gdzie wybrały sobie coś na wynos. W drodze powrotnej naciągnęły mnie jeszcze na batoniki czekoladowe i napój, skutecznie przywracając mój pierwotny stan nieposiadania środków płatniczych.

Praktyką mnicha jest nieużywanie pieniędzy, a już zupełnie niewskazane jest wspomaganie nimi innych. Przez cały pobyt w Indiach udawało mi się być asertywnym. Tym razem poległem. Podczas posiłku dowiedziałem się więcej o życiu młodych dziewcząt. W czasie kolejnych dni wracałem, by je obserwować i dopytywać o kolejne szczegóły ich losu. Na tej podstawie zbudowałem sobie obraz kalkuckich sierot.

Dziewczynki urodziły się na ulicy. Ich matka żyła podobnie do nich, na kawałku rozścielonego na chodniku worka jutowego, przykryta brudnym kocem. Ojca nie znały. Matka umarła młodo. Od tej pory są same. Żyją z żebrania. Najstarsza przejęła rolę opiekuna. Niezwykle natarczywie prosi o jałmużnę.

Dziewczynki przez jakiś czas chodziły do szkoły katolickiej. Niestety ta szkoła nie jest bezpłatna. Prowadząca ją zakonnica żądała pieniędzy, których dzieci nie miały. Z żebrania ledwo wystarcza im na jedzenie. Najstarsza z sióstr zdążyła się w tej szkole nauczyć podstaw angielskiego, co ułatwia teraz zdobycie jałmużny.

Żadna z tych dziewczynek nie ma jakichkolwiek dokumentów potwierdzających tożsamość. Ich narodziny nie zostały nigdzie zarejestrowane, co jest typowe dla hinduskiej biedoty. Są prawdopodobnie analfabetkami. Warto wspomnieć, że w Indiach zakup biletu kolejowego jest uwarunkowany posiadaniem dowód tożsamości. Podobnie z pójściem do szkoły, podjęciem jakiejkolwiek pracy, czy skorzystania z opieki zdrowotnej.

Z moich obserwacji wynika, że obie starsze dziewczynki mogą dorabiać prostytuując się, choć ani nie byłem tego świadkiem, ani nie miałem żadnych bezpośrednich ku takim wnioskom wskazówek. Jako osobie duchownej nie wypadało mi wchodzić na tak delikatne tematy. W czasie jednej z moich konwersacji do czternastolatki podszedł wzburzony młody mężczyzna. Krzyczał na nią. Zaczął popychać. Uderzył pięścią w twarz. Atak powtórzył kilkukrotnie. Gdy dziewczyna leżała na chodniku zasłaniając rękoma twarz, zaczął ją z całej siły kopać. Kopał po głowie, brzuchu, nogach. Choć był to środek dnia na ruchliwej ulicy w samym centru miasta, nikt nie zareagował. Nie zareagował także stający nieopodal patrol policji, nie zareagowałem i ja, który byłem najbliżej. Jedynym uczuciem, jakie mi się wówczas w głowie pojawiło, to podziw. Dziewczynka płakała, gdy ją mężczyzna ciągnął za rękę w boczną uliczkę. Ale był to moim zdaniem płacz udawany, płacz, którym chciała ostudzić agresora. Mój podziw wzbudziła twardość tej delikatnej istoty, zahartowanej bezwzględnym ulicznym życiem, niewzruszonej dramatyczną sytuacją.

Czekałem na dalszy rozwój sytuacji, nie ruszając się z miejsca. Skorzystałem także z nieobecności dziewczynki, przeszukując pozostawione rzeczy osobiste. W kolorowej lecz mocno zniszczonej już torbie foliowej znalazłem niewielki dziewczęcy portfelik, w którym było kilkadziesiąt rupii indyjskich, kwota wystarczająca na skromny posiłek. Znalazłem także tabletki na alergię i choroby skórne. Znalazłem paczkę cukierków oraz dziecięcy piórnik. Piórnik był niemal pusty; zawierał jedynie niedługi już ołówek i plastykową linijkę, sentymentalne relikty czasów szkolnych.

Mój wewnętrzny nieugięty mnich w tej chwili poległ.

Mam siostrzenicę w podobnym wieku. Korzysta z dobrodziejstw brytyjskiego systemu oświaty. Chodzi na płatne zajęcia dodatkowe, basen, język obcy. Ma własny dziewczęcy pokój, w którym sobie szyje dziewczęce sukienki i robi sobie piękny dziewczęcy makijaż. Czesze i układa sobie włosy, by oczarowywać swoich szkolnych kolegów i łamać im kolejno serca. Ogląda dziewczęce seriale w telewizji i wzdycha do przystojnych aktorów i piosenkarzy.

Ta dziewczynka z Kalkuty w tym czasie żebra o jedzenie, próbuje umyć się pod ulicznym hydrantem, nakrywa się kolejnymi warstwami worków, ubrań i chust, by złagodzić nocny chłód. Temperatura w nocy potrafi tutaj spaść radykalnie, do zaledwie kilku stopni Celsjusza. Jest wszak właśnie środek zimy.

Po niemal godzinie dziewczynka wraca. Twarz ma posiniaczoną. Szeroki plaster zakleja skroń. Zakłopotana prosi, bym sobie już poszedł.

Następnego dnia rozmawiam z jej starszą siostrą. Opowiadam, co się wydarzyło. Śmieje się, że to nic takiego, że młodzież z ulicy jest bardzo agresywna i trzeba do tego przywyknąć. Później spotykam również i ową czternastolatkę. Jest w doskonałym nastroju. Przytula się ze swoim chłopakiem. Szczebiocząca, urocza, wystrojona i umalowana. Typowa nastolatka. Po wczorajszym incydencie nie pozostał najmniejszy ślad.

Widziałem dzisiaj psa. Bezdomnego, jak większość psów tutaj. Po chłodnej nocy rozwalił się grzbietem na środku chodnika. W promieniach słońca wygrzewa swoje podbrzusze. Szczęśliwy w tu i teraz nie wie, że jest bezdomnym psem. Jest szczęśliwy z tej odrobiny przyjemności, którą daje mu natura.

Dzieci, które miałem okazję obserwować w Kalkucie, nie znają innego życia. Wychowały się na ulicy, nigdy domu nie mając. Są jak ten pies, żyjący w tu i teraz. Wszystkie trzy siostry zapewne niebawem zajdą w ciążę. Urodzą na ulicy. Umrą na AIDS lub inną chorobę w wieku nieco przekraczającym dwadzieścia lat, pozostawiając następne pokolenie w dokładnie takim samym miejscu, w jakim same zaczynały.

W Kalkucie spotkałem wielu bezdomnych. Całe rodziny żyją na ulicy. Z worków foliowych i brezentu budują sobie na chodnikach prowizoryczne szałasy. Z kilku cegłówek robią paleniska, na których kobiety dzieciom gotują obiad. Piorą i myją się w przydrożnych hydrantach. Jest biednie i brudno, ale pomimo trudnych warunków, w oczach owych dzieci widzę szczęście i nadzieję.

Sieroty pozostawione są jednak same sobie. Nie mają nikogo, kto by pokazał jak i gdzie zbudować sobie ów prowizoryczny szałas, jak ugotować coś do jedzenia, nie mają do kogo się przytulić, gdy chłodna noc nadejdzie, komuś się zwierzyć z problemów sercowych, nie mają nikogo, kto dmuchnie na ranę, gdy boli, kto po lekarstwo pójdzie, gdy zaniemogą, nikt też nie nakarmi, gdy głodne…

Kalkuta mnie złamała. Uciekam stąd. Jeszcze dzień, dwa i wsiąknąłbym w ten klimat, niczym sławna zakonnica z Macedonii otwierając następny sierociniec, czy szkołę. Potrzebowałem tego testu. Nie jestem jeszcze gotowy. Uciekam stąd.

Najważniejszym wnioskiem z mojej noworocznej przygody w Kalkucie jest docenienie wartości rodzica. Jakikolwiek on nie jest, jest nieporównywalnie lepszy od jego braku. Możemy czuć się niekochani, zaniedbywani, czy rozczarowani, jednak de facto wszystko co mamy, zawdzięczamy rodzicowi. To on nas wykarmił, gdy byliśmy niemowlęciem, to on posłał do szkoły, to on dał dach nad głową, łóżko i kawałek mydła.

My dzieci, dziękujemy Wam, drodzy rodzice za to, że byliście i za to, że jesteście. Bez Was świat nie byłby taki sam. Byłby o niebo trudniejszy i brutalniejszy. Dziękujemy Wam za opiekę, za Waszą miłość i poświęcenie, za pilnowanie naszej edukacji, często wszak wbrew nam samym. Za każdą poświęconą nam chwilę i każdą radę nam udzieloną. I przepraszamy Was, drodzy rodzice, że zapominamy w ferworze dnia codziennego, ile dla nas zrobiliście i ile jeszcze do tej pory robicie. Czasami trzeba aż znaleźć się na ulicy w Kalkucie, by dostrzec taką oczywistość!!! Cokolwiek w życiu osiągnęliśmy, Wam to zawdzięczamy! Dziękujemy.

Dodaj komentarz